sobota, 27 lipca 2013

Calibrion- cz. 10

 Szli ścieżką wyznaczoną przez Evana już od kilku godzin, gdy ten zatrzymał się nagle. Podszedł do wysokiego kija wbitego w ziemię. Na korze dało się odczytać lekko zatartą datę. Chłopak przeczytał ją, a następnie rozejrzał się wokoło. Odwrócił się do Annalyn i lekko zaniepokojonym głosem powiedział:
- Wiesz co to jest?- i nie czekając na odpowiedź kontynuował- Tą gałąź zatknąłem w ziemię prawie rok temu. Wyznaczała miejsce gdzie las się kończył. Jak widzisz, teraz jesteśmy cały czas otoczeni drzewami i nie widać końca tej puszczy. Od kilku lat zajmuję się badaniem tego zjawiska. Odkąd mój nauczyciel Zethar zauważył, że las w ciągu kilku lat powiększył się właściwie dwa razy, zlecił mi takie oto wyprawy. Co rok zatykałem kij na końcu puszczy i zawsze gdy wracałem, tego końca widać nie było. Sama przyznasz, że to dość niezwykłe tempo wzrostu, nawet jak na magiczną roślinność. Na razie nie wiadomo, dlaczego tak się dzieje, ale wielu czarnoksiężników prowadzi już na ten temat badania. Cokolwiek to jest, raczej nie ma zbyt dobrych źródeł. – umilkł, przez chwilę wpatrując się jeszcze w zatkniętą gałąź.
- W takim razie czeka nas jeszcze trochę drogi. Powinniśmy zdążyć. Słońce zajdzie dopiero za dwie godziny. – Chwycił uzdę Clow’a i na powrót ruszył ścieżką. Annalyn podążyła za nim, zaczepiając na chwilę wzrok na wyrytej dacie. – Rzeczywiście, prawie rok temu- mruknęła jeszcze.
 Na skraj lasu dotarli po około godzinie. Rzeczywiście, jeżeli prawdą było to co mówił Evan, Thriel znacznie się rozrósł od czasu jego ostatniej wizyty. Słońce powoli chyliło się już ku zachodowi, więc trzeba było w miarę szybko znaleźć miejsce na nocleg. Na szczęście na razie nie było widać złowrogiego oddziału, więc mogli mieć nadzieję, że ich zgubili. W poszukiwaniu dogodnego miejsca na spoczynek podróżowali jeszcze około pół godziny, aż znaleźli małą, popadającą w ruinę chatkę. Nie rozpalali ogniska, w obawie, że pomimo ich trudnej przeprawy przez las czarni wojownicy mogą nadal podążać ich tropem. Księżyc w pełni dawał wystarczającą ilość światła, alby można bezpiecznie rozsiodłać konie i wybrać miejsce do spania. Pierwszą wartę objął Evan, Annalyn ułożyła się przy ścianie chatki i zamknęła oczy. Myślała o Daellen, o nocy kiedy spotkała tego aroganckiego chłopaka, który posiadał ogromną magiczną moc. Myślała o ucieczce przed czarnoksiężnikiem i jego świtą i w końcu o lesie Thriel, niezwykle dziwnym i magicznym miejscu, które dopiero dziś, w małym stopniu poznała.  Zastanawiała się, jak sama przetrwałaby tą podróż, dochodząc do wniosku, że gdyby nie Evan raczej nie znalazłaby się nawet tutaj. Powoli docierało do niej jak nierozsądną, a może nawet samobójczą rzeczą, była decyzja, którą podjęła pod wpływem emocji. Analizowała powoli tamten dzień, aby rozszyfrować co skłoniło ją aby tak nagle wyruszyć w podróż. Poturbowany, ubrudzony piachem i krwią Saggito, jego głęboka rana na ramieniu i w końcu informacja kto to wszystko zrobił. Przemknęło jej przez myśl, że nawet nie wie do końca, czy to na pewno był jej brat. Być może był to po prostu ktoś podobny, a jej przyjaciel będąc bity, nie zdążył dokładnie przyjrzeć się rysom twarzy napastnika, dodatkowo ukrytych pod kapturem. Dlaczego więc wtedy tak spokojnie nie mogła o tym myśleć? Mogła po prostu przeanalizować sytuację, a nie siodłać konia i wyruszać do Mirnoru, żeby stoczyć bitwę z, o wiele potężniejszym niż ona, bratem. Kiedy tak rozmyślała, do głowy powróciły jej wszystkie podłe rzeczy, które w swoim życiu uczynił jej brat. Od upokorzeń, gdy była mała, poprzez groźby, strach, w którym żyła, kiedy rodzice zostawili ją na miesiąc pod jego opieką.  Przez zaklęcia, które czasami na nią rzucał i nabijał się z jej cierpienia, aż do sytuacji, w której prawie doprowadził do śmierci jej najlepszego przyjaciela, którego traktowała niemal jak brata, i którego kochała bardziej od prawdziwego. I zrozumiała. Te wszystkie podłe występki powoli zbierały się w jedną wielką całość. Przez kilkanaście lat. A teraz, ten wypadek po prostu przelał czarę goryczy. Nie istotne dla niej było czy to rzeczywiście był on. Wystarczyło, że to mógł być on. Coś w niej pękło, nienawiść, która od kilku lat zbierała się w jej sercu, wybuchła, skłaniając ją do tego, można by ująć, szalonego kroku. Dodała jej siły i wiary, że może go pokonać. A wiara ta, dzień w dzień, powoli ją opuszczała.  Otworzyła usta z zamiarem zapytania o coś Evana, ale zrezygnowała. Jeszcze przez chwilę myślała o swojej podróży, aż zmorzył ją niespokojny sen.
                                                                         ***
-Hej, nie krzycz tak, spokojnie… - usłyszała cichy szept i poczuła dotyk ręki, która lekko potrząsała jej ramieniem. Otworzyła gwałtownie oczy i ujrzała lekko zaniepokojoną twarz Evana. Potrząsnął nią raz jeszcze, po czym puścił jej ramię i powiedział- darłaś się tak, że mogłabyś obudzić nieboszczyka. Nie po to nie rozpalamy ogniska, żeby potem w nocy dawać sygnały naszym wrogom.
- Skoro tak się darłam, to może pomyślą, że ktoś już nas zamordował i dadzą sobie spokój- odburknęła Annalyn, powoli otrząsając się z koszmaru. - już czas na moją wartę?
-Nie, jeszcze co najmniej 3 godziny. Połóż się i spróbuj tak nie wrzeszczeć, bo będę zmuszony znów cię obudzić, a następnie zakneblować.
- Naprawdę bardzo zabawne, bardzo… - powiedziała i odwróciła się plecami do współtowarzysza.
 Evan uśmiechnął się pod nosem i zwrócił wzrok ku lesie Thriel. Nadal widoczny ciemny pas po zachodniej stronie chatki budził niepokój i grozę.
Rośnie coraz szybciej- myślał- dziś musieliśmy się przedzierać o godzinę dłużej… na początku różnice pomiędzy kijem a skrajem lasu wynosiły najwyżej piętnaście minut.
- Co się tam dzieje? – szepnął do siebie
- Mówiłeś coś?- wymamrotała na wpół śpiąca Annalyn
- Nie, nic. Śpij, bo zaraz obejmujesz wartę. A nie chce ryzykować, że zaśniesz i coś nas znienacka zaatakuje.
- Zawsze jesteś taki niemiły, czy po prostu trafiłam na twój zły hmm… tydzień? O przepraszam, już raczej „dwutydzień”. Nie mógłbyś chociaż raz odpowiedzieć normalnie na pytanie? Bez tych swoich ironicznych komentarzy? Bądź co bądź, to ty się do mnie przyczepiłeś, nie ja do ciebie.
- I dobrze zrobiłem, bo prawdopodobnie już byś nie żyła, albo teraz siedziała przywiązana do drzewa jako więzień.- widząc, że Annalyn odwraca się z zamiarem wszczęcia kłótni, dodał pospiesznie- Śpij. Naprawdę. Jutro czeka nas ciężki dzień.
Dziewczyna zawahała się przez moment po czym na powrót się położyła.
- Tylko nie myśl, że ci odpuszczę. Rano sobie porozmawiamy.

-Tak, tak, wiem… Dobranoc


Trochę dłuższy niż zazwyczaj, zgodnie z życzeniem Myth. ;) ale nie wiem czy będziesz zadowolona :) miłego czytania

środa, 24 lipca 2013

Calibrion- cz.9

 Na miejsce dotarła, tak jak mówił Evan, po około 20 minutach. Zastała chłopaka z zamkniętymi oczami, stojącego niemal tuż przy drzewach. Ręce, na pozór rozluźnione i zwieszone swobodnie wzdłuż ciała, miał napięte, a z jego palców żarzył się delikatny, niebieski blask. Napastnicy byli jeszcze daleko, ale zbliżali się z każdą chwilą.  Dziewczyna patrzyła na towarzysza, to znów na zbliżających się jeźdźców. Eldorin niespokojnie strzygł uszami, co chwila grzebiąc w ziemi kopytem. Podeszła do niego i zaczęła go uspokajać gładząc powoli po łbie. Rzuciła okiem na wierzchowca Evana, gotowa podejść i uczynić z nim to samo, jednak tamten stał spokojnie, nie wykazując żadnych oznak strachu.
Chłopak niespodziewanie przerwał zaklęcie i odwrócił się.
-Tarcza ochronna wokół puszczy powinna utrzymać się przez około godzinę, minimalnie pół, jeżeli ten czarnoksiężnik naprawdę wiele potrafi. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu, więc zdążyłem jedynie wyczarować ruchome piaski.  Miejmy nadzieję, że zanim mag się zorientuje, zdążą wchłonąć kilku ludzi. A teraz wchodź do lasu. To nasza jedyna szansa  by ich zgubić. – pstryknął palcami i krzewy zaczęły odsłaniać wąską dróżkę. Z każdym ich krokiem zarośla powracały znów na miejsce zasłaniając drogę wyczarowaną przez Evana.
-Jakim cudem dotarłeś tutaj tak szybko? Ten koń… on nie jest zwyczajny prawda?
Chłopak uśmiechnął się.
-Ten koń, ma na imię Clow. I nie, nie jest zwyczajny. Jest mój- wyszczerzył zęby
Annalyn przewróciła oczami i poklepała po szyi swojego wierzchowca idącego tuż za nią.
-Powiedziałeś, że miałeś mało czasu. Jakim cudem wyczarowałeś ruchome piaski? Nie znam osoby, która umiałaby to zrobić w krócej niż godzinę.
-Jestem po prostu utalentowany… wracając do konia muszę przyznać, że czasami funduję mu mały doping. Żywi się specjalną karmą, niedostępną dla nikogo innego prócz mnie. Ale i tak jest najszybszym koniem jakiego widziałem. Karma nie odgrywa tutaj aż tak wielkiej roli i jeżeli tak dalej pójdzie, będzie musiał się nią podzielić z Eldorinem, ponieważ nie zawsze jest miejsce, w którym można się schować. Swoją drogą, wiesz co to za las?
-Nie… ale czuje się tutaj prawie jak w domu.
-To Thriel- odpowiedział Evan z błyskiem w oku.- nic dziwnego, że go znasz. Rośnie niedaleko twojej wioski.
- Tak wiem. Chodzę tam po kwiaty…
-Słucham?
-Chodzę. Tam. Po. Kwiaty. Co cię tak dziwi?
- Sama?
- A przepraszam z kim mam chodzić? Nie mieszkam z nikim z rodziny i raczej nie chodzę do wioski i nie proszę, żeby ktoś wziął mnie za rączkę i zaprowadził do wielkiego strasznego lasu, bo się boję.
Evan popatrzył na nią, ale jego wzrok nie wskazywał nawet cienia irytacji. Raczej lekkie zdziwienie.
Po chwili milczenia głos chłopaka na nowo przerwał ciszę.
- Annalyn, Thriel zwykle nie pozwala na przekroczenie pierwszej linii drzew. Jak być może zauważyłaś, lub wyczułaś, nie jest on… zwykły. Gromadzi moc, z której siłę czerpią wszyscy czarnoksiężnicy. I nie wpuszcza ludzi, którzy nie są tego godni.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- To, że najwyraźniej, będziesz potężną czarodziejką. Choć trudno w to uwierzyć.– mruknął.
Annalyn pufnęła ze złością, jednak chłopak ją zignorował.
- Na początku otoczyłem cię zaklęciem ochronnym, które miało cię tutaj utrzymać wraz ze mną, ale najwyraźniej nie jest ci potrzebne. I dobrze. Jeden czar mniej to zawsze jakaś ulga. Chodź, jeżeli chcemy stąd wyjść przed zmrokiem, a tak byłoby zdecydowanie lepiej, to musimy trochę przyspieszyć. W tym lesie także mieszkają zwierzęta. I bynajmniej nie można nazwać ich sympatycznymi. Miejmy nadzieję, że jak wyjdziemy po drugiej stronie, nie natkniemy się znowu na ten oddział.
- Jesteś pewien, że to nie byli zwykli barbarzyńcy?
- Tak, trochę ich znam i zapewniam, że to na pewno nie oni.
- Więc kto? I dlaczego nas ścigali?
-Nie wiem, ale coś mi mówi, że niedługo się tego dowiemy.


Calibrion- cz.8

Po rozległej równinie pędziło ku nim tuzin jeźdźców na karych koniach. Ich czarne płaszcze ozdobione były elementami ze srebra, które lśniły w słońcu. Jadący na ich czele mężczyzna, jak można było się domyślić, dowódca wojowników, oprócz zatkniętego za pas miecza trzymał również szablę, którą wymachiwał nad głową, popędzając jednocześnie swoich podwładnych. Od obozu dzieliło ich zaledwie ok. 500 metrów. Annalyn szybko wskoczyła na konia i ruszyła w przeciwną stronę.
-Na co czekasz?! –wrzasnęła w kierunku towarzysza, który siedział na koniu, lecz najwyraźniej nie miał zamiaru się ruszyć.- Zaraz nas dopadną! Chcesz skończyć jako głowa nabita na pal? Bo nie sądzę, żeby chcieli pozostawić nas przy życiu, jak już nas okradną.- krzyczała stojąc kilka metrów od chłopaka. Eldorin bacznie strzyżąc uszami był przygotowany do biegu.
-To nie są zwykli barbarzyńcy- odparł Evan, usilnie wpatrując się w zbliżający oddział.
-Co mówisz?!- głos dziewczyny nabierał histerycznego zabarwienia.
- Dowódca żadnego oddziału na tych terenach nie ma w zwyczaju tak głośno krzyczeć, ani tym bardziej wymachiwać bronią w powietrzu. Ma to raczej służyć odwróceniu uwagi od czegoś… albo od kogoś. –nadal wpatrując się w tłum, który był już niebezpiecznie blisko, kontynuował swój wywód- na pewno nie są to okoliczni bandyci. Patrząc po strojach i sposobie w jakim się poruszają, można sądzić, że są doskonale wyszkolonymi wojownikami. Płaszcze z czarnej skóry ozdobione błyskotkami, raczej nie są domeną ludzi wygnanych, nawet jeżeli napadaliby na dość bogatych podróżnych. Zastanawiam się tylko, skąd są i dlaczego nas ścigają…
-Evan, natychmiast rusz się z miejsca! Oni zaraz tu dotrą, a ja nie mam zamiaru widzieć, jak zostajesz brutalnie zamordowany! I tym bardziej sama nie chcę tu zginąć.
- Szukam… Ha! Wiedziałem, że kogoś ukrywają. – powiedział jeszcze po czym spiął konia i dosłownie wystrzelił do przodu mijając Annalyn.
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy, ale zaraz do porządku przywołał ją krzyk najeźdźców, więc popędziła Eldorina w ślad za Evanem. Dogonienie go zajęło jej dobre kilka minut. Galopowali przez prerie co jakiś czas oglądając się za siebie. Co prawda oddalili się trochę od ścigających jednak nadal widzieli ich ciemne sylwetki.
- Długo tak nie pociągniemy- mruknął Evan- wzięli ze sobą czarownika, który prędzej czy później zirytuje się w końcu i rzuci na nas jakieś zaklęcie.
- Nie możesz go powstrzymać? Przecież też umiesz czarować…
-„Przecież też umiesz czarować” – przedrzeźnił ją- chyba zrozumiałe jest, że skoro cały czas uciekam przed bandą ludzi, którzy chcą mnie dopaść i niewiadomo co jeszcze zrobić, nie jestem wstanie dostatecznie się skupić. Owszem, potrafię wyczarować w miarę odporną tarczę ochronną, co samo w sobie łatwe nie jest, ale jeżeli ten ich czarownik jest potężny, to będziemy potrzebowali czegoś znacznie silniejszego. I żeby wykonać to jak należy, potrzebuje kilku minut oraz podłoża na którym mógłbym pewnie stanąć, nie bojąc się, że wypadnę, albo dopadnie mnie zgraja rządnych krwi żołnierzy z czarnoksiężnikiem, który może zrobić z nami wiele gorszych rzeczy niż tylko uśmiercić. Rozumiesz?
-Tak- odpowiedziała ponuro- więc co proponujesz? Mamy tak uciekać, aż nasze konie opadną z sił i zrzucą nas na jakieś pustkowie?
Evan rzucił jej przelotne spojrzenie
- Niedaleko stąd jest las. Tam się zatrzymamy. Pozwoli on mi stworzyć silną tarczę obronną i ewentualnie przygotować zasadzkę. Nie mogę jednak tracić czasu. Kiedy zobaczę puszczę na horyzoncie, ruszę do przodu i zostawię cię w tyle. Dotrę tam szybciej niż ty i zacznę się przygotowywać. Będziesz musiała dotrzeć tam sama.
- Niby jakim cudem chcesz być tam przede mną? Galopujemy już prawie najszybciej jak się da.
- Ty zapewne tak… ale ja...- uśmiechnął się lekko- to jeszcze nie są wszystkie możliwości mojego wierzchowca- to mówiąc poklepał łagodnie rumaka po szyi.
Annalyn popatrzyła uważnie na bułanego konika. Rzeczywiście, do tej pory, w porównaniu do Eldorina, wcale nie wydawał się zmęczony.
Po kilkunastu minutach na horyzoncie pojawił się pas zieleni.
- Dojechanie tam zajmie ci około  20 minut- rzekł Evan- jedź cały czas prostu przed siebie. Spotkamy się na skraju.
-Mogę Ci jakoś pomóc? Bądź co bądź, też umiem czarować
Chłopak posłał jej drwiące spojrzenie po czym zawołał- Możesz spróbować, rzucić na siebie jakieś zaklęcie ochronne. Wystarczy jeżeli chcieliby cię zestrzelić z łuku. No chyba, że nie znasz zaklęcia. Wtedy módl się, żeby cię nie dogonili.

Wystrzelił przed siebie jak strzała. Dziewczyna przez ułamek sekundy patrzyła zdziwiona jak jej towarzysz oddala się z prędkością o jaką nikt nie podejrzewałby konia, a następnie wściekła wrzasnęła jeszcze za nim -Oczywiście, że znam zaklęcie!- i popędziła Eldorina.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Calibrion- cz.7

Gdy ognisko zaczęło dogasać, zmęczona Annalyn wstała z miejsca aby obudzić Evana. Zanim jednak doszła do jego miejsca spoczynku chłopak poderwał się z miejsca i czujnie rozejrzał na boki. Spojrzał na ognisko, potem na jego towarzyszkę po czym skinął głową.
-Połóż się- powiedział cicho.
-Śpisz niczym królik. Najdrobniejszy szelest cię budzi. Jak w ogóle możesz zasypiać?
-Reaguje tylko na odgłosy, które nie są naturalne, czyli np. na twoje kroki.- mruknął.
Annalyn uniosła brwi z lekkim podziwem po czym położyła się, otuliwszy się uprzednio płaszczem, ponieważ wygasłe ognisko nie dawało już tak dużo ciepła.
-Mnie będziesz musiał budzić, bo sama na pewno nie wstanę gdy usłyszę twoje kroki. Nie mam takich zdolności. Zwłaszcza, że nie spałam od kilku dni.- rzuciła przez ramię.
Chłopak uśmiechnął się lekko.
- A powinnaś. Jak podróżuje się samemu, takie umiejętności się przydają.- powiedział, nie oczekując odpowiedzi. Odwrócił się w stronę pól rozciągających się wokół ruin, aż po sam horyzont. W świetle księżyca, poruszane wiatrem wyglądały niczym morze. Nadal czujny, zaczął rozmyślać.
***
 Gdy Annalyn obudziła się, Evan właśnie siodłał swojego konia.
-Właśnie miałem cię budzić. – powiedział.- czas ruszać w dalszą drogę. Następny przystanek mamy przy rzece Orin, a to ładne kilkanaście kilometrów drogi stąd.
- Poczekaj chwilę… My? Masz zamiar jechać ze mną?
- Mam coś do załatwienia na dworze Mirnoru. – rzekł, a jego twarz spochmurniała. Odwrócił wzrok i wskoczył na konia. – pospiesz się- rzucił jeszcze a potem skierował wierzchowca w stronę najłagodniejszego zejścia ze wzgórza.
Annalyn potrząsnęła głową ze złością i w pośpiechu chwyciła płaszcz. Narzuciła go na ramiona i osiodławszy na powrót Eldorina ruszyła za chłopakiem. Po głowie cały czas chodziła jej myśl mówiąca aby zostawiła Evana, który nawet nie pytając jej o zdanie postanowił jej towarzyszyć, a nawet „objąć dowodzenie”. Jakim prawem, ośmiela się planować ich trasę i czas postoju, przecież kilka godzin temu się spotkali. Wzburzona dziewczyna przyspieszyła tempa gotowa wytknąć Evanowi wszystko, po czym ostentacyjnie odjechać, kiedy odezwał się w jej głowie zdrowy rozsądek i powoli zaczął przejmować kontrolę nad emocjami. Podróżowanie we dwójkę na pewno jest bezpieczniejsze. Zwłaszcza, że zbliżali się do granicy państwa. Aby dotrzeć do Mirnoru czeka ją kilka dni przeprawy przez nienależące do nikogo dzikie ostępy, zamieszkiwane głównie przez ludzi skazanych na wygnanie, żyjących teraz jedynie z napaści na podróżników. Zresztą Evan, całkiem dobrze orientował się w tych terenach. Nie był typem osoby, która mieszkając na królewskim dworze, nigdy nie wyszła za mury miasta. Sądząc po łuku, a także, jak zdążyła zauważyć dziś rano, mieczu przytroczonym do boku chłopaka, był też dobrym wojownikiem. Coś jeszcze… -Annalyn zmarszczyła brwi. – Tak… magia. Potężna. Dużo większa niż jej. Dużo większa niż magia jakiegokolwiek człowieka w jej wieku mieszkającego w jej wiosce, jeżeli nie nawet na całym terytorium podległym królestwie Vanoru. Umiejętności magiczne Evana zdecydowanie przekraczały normę jeżeli chodzi o osoby  w jego wieku. Co prawda poznała jedynie garstkę z jego czarów, które bynajmniej niezwykłe nie były, lecz gdy unicestwił jej zaklęcie poczuła ogromną moc, gotową wybuchnąć w każdej chwili, jeżeli tylko zaszła by taka potrzeba. Niezwykłe nie było tylko to, że Evan w swoim wieku ma w sobie tak potężną magię, niezwykłe było także to, że prawie bez problemu potrafił ją utrzymać. A z taką potęgą, niejeden dorosły czarownik nie miałby szans.
 Annalyn popatrzyła na swojego towarzysza.
- Skąd jesteś? – zapytała
- Z Brae. To wioska w północnej części …
-Vanoru. Tak wiem. Czyli jednak tam mieszkasz- dodała z zamyśleniem
-Słucham? Co znaczy jednak?
-Nie, nic.- zreflektowała się- To niedaleko mnie. Jestem mieszkanką wioski Daellen.
- Mój ojciec jeździł tam czasami kupować zioła- uśmiechnął się Evan.
-Nasza wioska z nich słynie.- Myśli Annalyn powędrowały w kierunku domu. Pola, Las Thriel, jej chatka, Saggito… ciekawa była jak sobie teraz radzi. Zapewne nie był zadowolony z jej wiadomości, ale cóż innego mogła zrobić? Coś byś wymyśliła- odezwał się głos w jej głowie.- Pewnie tak. Być może jestem czasami zbyt porywcza. -Jej twarz rozjaśnił lekki uśmiech kiedy przypomniała sobie słowa Saggito, proszącego ją o podejmowanie rozsądnych decyzji. No cóż, nic jeszcze nie wskazuje na to, że ta była pochopna. –Jeszcze nie dotarłaś do zamku- znów ten sam głos uświadomił jej, że tak naprawdę to co najgorsze, rozpocznie się dopiero z chwilą spotkania z jej bratem.
 Po kilku dniach wędrówki znaleźli się po za granicami państwa. Szybciej, niż ona sama miała dotrzeć, gdyby poruszała się trasą wyznaczoną wcześniej w domu. Po drodze nie natknęli się na żadne hordy barbarzyńców, a podróż mijała im bez przeszkód. 
 Kiedy kolejnego dnia rano, przygotowywała Eldorina do drogi kiedy usłyszała cichy głos Evana:
- Oho, zaczynają się kłopoty.